05.04.2011

Motowycieczka poza Pekin

Gdzieś przy którymś obiedzie, Ionut wygadał się że planuje małą wycieczkę w okolicach Pekinu, przy pomocy swojego niesamowitego motocykla. Wtedy dotarło do mnie, że będąc tutaj ponad miesiąc, ani razu nie opuściłem miasta :D. Taki ze mnie mieszczuch :D. Ba, do tej pory nawet nie bardzo byłem poza  takim większym centrum (gdzie centrum jest pewnie z dwa razy większe od Warszawy). Więc raz raz i wkręciłem się na tripa. Dokładając do tego niesamowitość motocykla polegającą na tym że posiada boczny wózek wycieczka zapowiadała się bardzo khehehe fajnie :).
Czółno w którym
podróżowałem 


Piękne Bmw

Punkt pierwszy wycieczki - mechanik! :). Dojazd do niego był przygodą samą w sobie. Po pierwsze, jazda w przyczepce po Pekinie w korkach jest niezłym przeżyciem. Widok auta zbliżającego się z boku i nie mającego za bardzo zamiaru zwalniać jest orzeźwiająco - pobudzający ;). Akurat oczy są na wysokości kół i zderzaków.

Sam mechanik ma siedzibę w bocznej uliczce więc trasa do niego wiodła przez bardzo klimatyczne domki. Jest filmik, ale słabej jakości i nie widać więc nie pokazuję :). Ok, wracamy do moto. Moto jest chińskiej produkcji, więc i wymaga czasami przywalenia młotkiem, tudzież w tym wypadku podmiany linki od sprzęgła. Na szczęście poszło sprawnie i szybko, moto dostało nową linkę, doczepione lusterko, kierunkowskazy i mogliśmy jechać dalej. Ah, korzystając z okazji obejrzałem sobie moto u mechanika. Niezłe Bmw stało obok. Urocze, prawda? Szkoda, że to podróbka :D. Też chiński moto, tylko zrobiony na Bmw :D. 

Pustka na drodze
Fotek z wyjazdu z miasta nie ma. Uwierzcie na słowo :). Trochę korków, lecz dzięki temu że Ionut traktuje moto jak moto, a czasami jak rower, a nawet jak pieszego, to sprawnie poszło. Przypomniałem sobie o aparacie jakieś 40km poza miastem :). Co się rzuca w oczy - wielkie, puste drogi. Prawie jak w Pekinie, tylko tam są wielkie, zakorkowane drogi. Poza miastem natomiast ruch jest bardzo mały. 

Yo dawg, I heard...

Widoki dookoła drogi - klasyczne. Poza toną znaczków i krzaczków, można pomyśleć że jedziemy przez miasto w Europie. Powiedzmy we Włoszech, u nas nie ma takich dróg (i długo nie będzie). Może tylko drogi w Polsce są czystsze. Często widziałem śmieci typu rozsypany piasek na zakręcie, popękany asfalt (nie dziury) itp. Czyli jazda na moto dwukołowym jest dosyć niebezpieczna o ile się nie zna dróg. Szkoda :/


Kłapouchy?
Jednak Cię dorwali

Kolejna rzecz - to nie Pekin, duże miasto, pełne obcokrajowców. Więc gdy zatrzymaliśmy się na obiad, dwóch białych, w szalonym motocyklu, ubranych w szalonym stylu, zajeżdzających w szalony sposób (wspominałem jak Ionut jeździ? nie? to właśnie tak) do jakiejś przydrożnej knajpy, wywołało to dużo większe zdziwienie niż byłem przyzwyczajony ;). Ale ale, to nie to było punktem głównym obiadu, tylko samo jedzenie!

Czas na lekcję chińskiego! Widzicie te żółte znaczki na fotce? Ok, więc drugi, 肉, oznacza mięso. Zazwyczaj przed nim jest krzaczek oznaczający jakie mięso (np 鸡 oznacza kurczaka. Tak, możecie teraz sprawdzić menu u chińczyka :D. Jak nie ma tego krzaczka to nie jest kurczak :D). Pierwszego,  , nie znałem. Więc po zamówieniu kanapki (mieli tylko kanapkę i zupę :O) spytałem się Ionuta co to w ogóle jest. "Oh, it's just a donkey". Co? Osioł? Bardzo popularne mięsko, knajpa miała tylko osła w menu :D. Uh oh. Pierwszy szok :). Na szczęście dalo się zjeść, lecz następnym razem wybrałbym coś innego. Ot, nie mój klimat.  A, te wszystkie pozostałe krzaczki opisują jak to ośle mięso jest zdrowsze, lepsze i w ogóle naj w porównaniu z takim kurczakiem czy różowiutką świnką. Ktoś chętny? ;)

Sielanka
No nic, po przememłaniu kebaba, ruszyliśmy dalej. Generalnie nie było planu, po prostu jechaliśmy na północ szukając czegoś ciekawego. Jednym z punktów było jeziorko, które znaleźliśmy na mapie (dobrze mieć Google Mapsy). Totalny czillout. Nie mam pojęcia ocb. Praktycznie zero żywego ducha. Po Pekinie wszystko wydawało się takie wyludnione. Może to dziwna godzina? Może jakiś dzień specjalny? Nie mam pojęcia. Jak widać (chyba) pogoda idealna na odpoczynek na powietrzu. A tutaj pusto, zarówno gdy idzie o pieszych jak i o samochody.

Plyń, Nemo, płyń!
Jedna ciekawostka, jak się lajtowaliśmy nad jeziorkiem, lokalna para wypuszczała żywe (chyba) ryby (chyba) do czystej (chyba) wody. Po co na co, ani Ionut ani tym bardziej ja nie wiedzieliśmy :).

Jak też widać, jeziorko całkowice ustawione. Tak samo jest w Pekinie z wszelkiej maści rzeczkami i strumykami. Wszystko w pełni uregulowane. Dziwnie to wygląda, tak.... nienaturalnie :)



Tak, wiem, zasłaniam.
Skargi do Ionuta :P
Ha! Przejazdem ale jest! Wielki Mur Chiński! To nie był jeden z punktów wycieczki więc tylko fotka z drogi. Nom, mur sprawia że JEST KLIMAT :). Tam gdzie przejeżdzaliśmy pełno było fragmentów które co chwilę dało się zauważyć. Tutaj mur, za chwilę na szczycie góry wieża, potem warownia. I ciągnie się to, ciągnie, ciągnie. Odrobina wyobraźni i można zobaczyć mur za górą, i następną, i następną... Świetne wrażenie.


Born to Ride


Tia, jedna z mniejszych, wg mapy, dróg. Tiaa.... Chyba pod względem ruchu. Nie, nie musiałem czekać pół godziny aby uchwycić prawie pustą drogę :)





Sielanka nr.2


Ok, jak zwykle telefon zaczynał padać więc szybkie fotki na zakończenie. Gdzieś po drodze, na górskich serpentynach. Jeden z zakrętów z wielu. Czujecie chiński klimat?.... No właśnie :>





Ou yee
Jeszcze jeden zakręt. Tutaj wrócę! Widzicie tą zakreśloną skałę? Ok. To teraz porównajcie rozmiarami z drogą poniżej. Tak, ta kreseczka niżej to jest droga. Wrócę tam i choćbym miał się wspinać godzinę to zrobię jej fotkę z bliska :) (i mam nadzieję że przy okazji nie stoczy się na dół. Sądzac po wielkości spokojne zmiotłaby tira jak piórko).



Born to be Wiiiiiild!
And yellow and red!



Ostatnia fota. Zastanawiam się, robiliśmy furorę (ludzie nam machali i w ogóle był fun) przez styl jazdy Ionuta (o chodnik, po nim też mozna jechać), czy przez nasz przyjacielski wygląd?






Z całej wycieczki był jeszcze jeden fajny fragment, lecz bez fotki. Jadąc mniejszymi dróżkami wpadliśmy w jakąś wioskę. Wow. Chyba po raz pierwszy dało się odczuć że Chiny to zupełnie inna kultura. Całkowite odłączenie od wszystkich znanych elementów. Wyobraźcie to sobie. Same parterowe, niskie (na wzrost chińskich mieszkańców), malutkie domki. Płaskie dachy, raczej daszki, bez strychu. Zero samochodów. Same stare rowery, trójkołowe wózki. Zero "amerykańskich" kolorowych ubrań. Wszystko inne.

Wow. Umysł bezskutecznie szuka znajomego elementu. Uczucie lekkiego zagubienia gdy stara się poustawiać wszystko wg. znanego schematu. Brak punktu odniesienia który pozwalałby uspokoić myśli na zasadzie "ok, znam TO, trochę nowych rzeczy ale są znajome elementy". Wow.

Niesamowite uczucie. Tyko dla tej jednej minuty warto było jechać.

Chyba, że to efekt zjedzenia Kłapouchego?

1 komentarze:

Józef pisze...

Ostatnia fota to ubogi krewny Darth Vadera :D
Dawaj więcej relacji z Chin bo fajnie sie czyta :D

Prześlij komentarz