22.04.2013

Prawie w Korei

Zgaduję że kolory
oznaczają granicę
Czas na wyjaśnienie o co biega z rzucaniem kamieniami w Koreę Północną.

Siedzę w kawiarni, w mieście zwanym Tumen, zgodnie z artem z Washington Post, jednym z bardziej lubianych miejsc przez KP do uciekania do Chin. Powód jest prozaiczny (na mój pobyt tutaj, a nie na ucieczkę do Chin)




Hebe potrzebuje dyplom uczelni wyższej, a ten który ma jest z różnych powód nieważny w Chinach. W każdym razie w Tumen znajduje się szkoła gdzie za odpowiednią opłatą można przystąpić do kursu który daje Ci  wspomniany dyplom.

Brzmi ciężko, praktyka jak zwykle jest inna.

Dzień pierwszy, przybywamy. Egzamin o 9, o 8 znajdujemy się w hotelu gdzie "kontakt" ma nam dać odpowiedzi na egzamin. Przy wejściu tłum taksówek, co chwila zgarniają kilka osób które niosą papiery wyglądające jak ściągi.

Wpadamy do pokoju, w środku starsza pani sprawdza listę, znajduje imię Hebe i jej kopertę. W kopercie mini książka z odpowiedziami na egzamin popołudniowy oraz wydrukowana ściąga (czcionka mini, 4 kolumny na A4, 5 kartek, wiecie jak to jest). Gdy przez okno oglądam Koreę (pierwszy raz widzę, jeszcze spowszednieje), Hebe wycina i skleja w harmonijkę. W międzyczasie przychodzi kilka kolejnych osób, również na egzamin.

Ze ściągą w kieszeni łapiemy taksę. Auto bez taksometru, stawka jedna w całym mieście - 2.5. Powód stałej ceny prosty - miasto ma jakieś 4 km z góry na dół. Przy szkole tłum, wszyscy przygotowani podobnie jak Hebe, z odpowiednim zasobem wiedzy w kieszeni.

Po wiedzę!
Gdy Hebe wchodzi do środka, postanawiam sprawdzić swoje szczęscie i szukam jakiejś kawiarni aby zjeść śniadanie i wypić kawę. Wg. mapsów, szok, jest ich kilka. Chwilowe wahanie, łapać taksę czy się przejść? Ryzykuję i idę, myśląc że jak coś to mam trzy godziny wolnego. Decyzja okazuje się słuszna jako że 5 minut później dochodzę na miejsce, niestety zamknięte, na drzwiach zdjęcie jakiegoś obleśnego amerykanina wcinającego zapiekankę. Widać że jakaś tandeta ściągnięta z internetu. Nic to, sprawdzam mapę, okazuje się że powinien tu być jeszcze jeden, ulicę dalej. Znowu wahanie, nogi czy taksa? Ponownie nogi, tym razem 2 minuty później dochodzę do zamkniętego sklepu. Odwracając się widzę punkt numer 1. Tak, to miasto jest rzeczywiście bardzo małe. To będzie ciągły problem, przyzwyczajony do Pekinu i odległości między miejscami, nawet wiedząc jak coś jest daleko zawsze będę przeginał z oceną dystansu.

Cztery kilometry, 40 minut i trzy kolejne zamknięte coffee shopy (i jedno podrobione KFC) uświadamiam sobie że, cholera, jest sobota 9 rano, więc może dlatego nie mam szczęścia? Wracam do miejsca z amerykaninem i tada! Miejsce otwarte. W środku okazuje się całkiem przyjemne, prowadzone jest przez parę anglików którzy mieszkają w Tumen od kilku lat. Razem ze mną w mieście jest obecnie trójka obcokrajowców. Dzięki nim dowiaduję się trochę więcej o mieście i o tym co się tutaj dzieje. Dociera też do mnie że facet ze zdjęcia jest właścicielem. Ups.

Dla tych co nie znają chińskiego,
tłumaczenie po koreańsku free
Tumen ma ok 50 tys. ludzi, w większości koreańskiego pochodzenia, dla wielu z nich koreański jest pierwszym językiem, natomiast chiński drugim. Dlatego praktycznie wszystko tutaj jest opisane po koreańsku i chińsku. Większość ludzi stara się wyjechać, populacja spadła w ciągu pięcu lat o trzydzieści tysięcy do wspomnianych 50ciu. Rząd stara się pobudzić okolicę, m.in. poprzez budowę szybkiej kolei. W planach miała być skończona w tym roku, jednakże zaskoczenie, szef odpowiedzialny za budowę został aresztowany za korupcję (jakoś tak po przekazaniu władzy). Miasto jest popularne pośród ludzi którzy ciągle mają rodzinę w Korei Północnej, można tutaj wynająć łódkę która podpłynie na kilka metrów do przeciwległego brzegu. Czasami jak ktoś z Południowej się ożeni, przybywają tutaj aby zrobić zdjęcie z rodziną z Pólnocy stojącą na brzegu, gdy młoda para przebywa na łodzi.

Widok z coffeeshop 

Rozmawiając, pisząc na blogu i ogólnie się relaksując, zleciał mi czas egzaminu. Hebe miała dwie godziny przerwy do następnego, więc w międzyczasie wyskoczyliśmy na obiad i porozmawiać jak było.  Gdy wcinamy koreańskie jedzenie, opowiada jak to wygląda.




Wychodzi na to że jednym z towarów eksportowych Tumen są dyplomy. Widać że wszyscy z miasta wiedzą o co biega, taksówkarz pyta się jak było,  w hotelu wiedzą że na egzamin, wszystko jest zorganizowane. Praktycznie wszyscy którzy przybyli nie brali udziału w żadnych wykładach, tylko przyjechali na egzamin. Ludzie potrzebują papierów z różnych powodów, najczęściej pracują w rządzie lub należącej do rządu dużej firmy (pomyśl China Unicom) i bez papieru nie ma szansy na awans. W scentralizowanych organizacjach nie ma znaczenia czy jesteś dobry czy nie, liczą się dokumenty (lub kontakty).  Egzamin nie jest wcale taki lekki, w salach nauczyciele pilnują i nie do końca pozwalają na ściąganie. Chyba że przed egzaminem każdy w sali (30 osób) zrzuci się po 10 yuanów i taką stertę dziesiątek położy na biurku, wtedy jest łatwiej. Dobrze jest też mieć włączony telefon, w przypadku gdy jest to test wyboru, na smsa dostaniemy prawidłowe odpowiedzi. Nie trzeba się martwić o podawanie swojego numeru telefonu, mają go z bazy studentów. W przypadku gdy pytania są opisowe, zazwyczaj w każdej sali siedzi jeden nauczyciel który napisze odpowiedzi i puści je dalej. Aby wiedzieć kiedy mniej więcej dostaniemy kopię, kilka godzin przed egzaminem dostaniemy smsa gdzie dokładnie siedzi, możemy sobie wtedy policzyć ile czasu zajmie papierom dotarcie do nas.



Czasami czuję że Polska ma więcej wspólnego z Chinami niż z Zachodem.


Ps. Na relację z prawdziwej wizyty w Korei Północnej polecam wpis Filipa, na iloveyourmici.pl

Słowo dotrzymane, kamień posłany,
głowicy zwrotnej brak






Małe chińskie miasteczko

Trening przed Pekinem?


20zł jeden. Wyglądają na prawdziwe

Głośniki grają proporcjonalnie
głośną muzykę



Poniżej Korea Północna, zdjęcia na zoomie, bliżej się nie dało podejść 
Mhm, ludzie


Kamera po stronie chińskiej





Dobry dowcip,
"Witamy w Tumen"




3 komentarze:

Adrian Klekotko pisze...

Mnie zastanawia jedna rzecz. Dlaczego nie widziałem jeszcze zdjęć zieleni w Korei Północnej? Wiem, że wiosna się dopiero zaczyna, ale każde zdjęcie czy film jaki widziałem pokazuje tylko gołą ziemię, beton i kikuty drzew.

Adrian Klekotko pisze...

Update: ok, znalazłem trochę zieleniny. Np. tutaj:
http://static.guim.co.uk/sys-images/Travel/Late_offers/pictures/2010/9/7/1283858631323/Dom-Joly-in-North-Korea-006.jpg

Sebastian Wojciechowski pisze...

@Adrian,

Udało mi się kilka kolorowych zrobić ;)
http://sebiush.blogspot.com/2013/05/kilka-zdjec-z-krl-d.html

Prześlij komentarz